|
Zobaczyć morze,
To od lat wygląda dla mnie osobiście tak samo. Wracam z morza do domu,
przytulę żonę pogłaskam psa, czasami jest odwrotnie i tylko gdzieś tam w
półśnie jak zasypiam, albo zaczynam się powoli wybudzać, coś nagle
morzem
zaszumi. Słucham wówczas krzyku mew, a ponieważ ich nie słyszę to znak,
że
jestem zupełnie gdzie indziej. Gdzie? Gdzieś zawieszony pomiędzy lądem a
morzem, w sennych marzeniach , w oczekiwaniu na jakieś ostateczne
rozwiązanie . Tak to widzę. A każdy zmysł mój, znajduje tysiące powodów
ku
temu, aby owo senne marzenie stało się w końcu rzeczywistością. Poranna
kawa, parę zdań na temat ogólnej sytuacji w kraju i zagranicą, parę
słów,
czasami jakieś myśli i do tego wszystkiego ten nie pozwalający
wywłaszczyć
się proces z szumem morza i krzykiem białych mew w tle. Aż nastaje taki
dzień i poranek dnia następnego, kiedy to pakuje worek tulę jak zwykle
rozżaloną żonę, głaskam na pożegnanie psa, lub odwrotnie i jadę w
nieznane
zobaczyć to, co już tyle razy widziałem, inaczej, mniej namacalnie choć z
równa o ile nie większą siłą.
W Amsterdamie, na odjezdne, Janusz poprosił mnie abym napisał parę
słów o
rejsie, czego ze względu na jego osobisty urok odmówić mu nie sposób, a
następnie z przeuroczym uśmiechem na ustach rozwiązał był ze mną
wszelkie
stosunki i zależności służbowe. Hańba mu za to, o czym zapewne wie a
jeśli
nie to teraz się dowiedział. Długo zastanawiałem się nad tym, o czym tak
naprawdę chciałbym napisać. Gdzie jest sentencja tego co zobaczyłem, gdzie
są ci wszyscy ludzie i na koniec gdzie ja sam w tym wszystkim jestem. Tak
czy owak, o technikaliach, nawigacyjnych meandrach, problemach i rozterkach
dowódców statków niech sobie pisze sam, ja napiszę o tym, co dla mnie
osobiście wydaje się być istotne. A że o poziomie mojej inteligencji
rzeczony Janusz twierdzi wprost, że nic takiego w przyrodzie nie występuje,
tedy zajadę go od tej właśnie strony. Nic nas przecież tak nie poraża jak
właśnie owe kretyniczne opinie wypowiadane przez ludzi, co do których
poziomu, występują jakieś uzasadnione wątpliwości. Swoją drogą to
ciekawe,
dlaczego są one takie ważne skoro świat pełen jest wyważonych,
przemyślanych
i okrągłych osądów do tego stopnia oderwanych od tego, kogo w istocie swej
dotyczą, że z równym skutkiem można je poczynić w stosunku do konia. Nie
będzie to więc historia ani mentorska, ani wyliczankowa, ani czegokolwiek
ucząca. Będą to jedynie oderwane od siebie obrazy niezależne od czasu i
przestrzeni, ale takie, jakie je dziś pamiętam.
Drogą od dworca kolejowego w kierunku centrum Amsterdamu przewalają
się
tłumy ludzi. Trzeba uruchomić wszystkie zmysły, aby to wszystko ogarnąć
po
czterech dniach na ograniczonej powierzchni pokładu, gdzie wszystko było
znane i znajome. Idę w towarzystwie Piotra i Basi. Piotr, mniej więcej
mojego wzrostu i postury przypomina nieco Jacka Nicolsona. Basia jest bardzo
drobna, wręcz filigranowa, nieśmiała, i nieco zamknięta w sobie. Na domiar
złego właśnie zaczyna padać deszcz. Nie leje, co prawda jak z cebra, ale i
nie nastraja szczególnie optymistycznie do wycieczek. Ulicą poruszają się
pojazdy, na które nawet nie zwracam uwagi. Opowiadam im o właśnie mijanej
przystani taksówek wodnych, gdzie już za cenę 6 euro można odbyć
wycieczkę
po kanałach Amsterdamu. Nagle Piotr pyta mnie czy widzę gdzieś tramwaj.
Rozgadam się uważnie wokół siebie, nie, nie widzę tramwaju, widzę
jakieś
autobusy wycieczkowe, sporo samochodów osobowych, tramwaju nie widzę. Nie
widzę tramwaju, odpowiadam zgodnie z własnym przekonaniem, są, co prawda
tory, ale nic takiego nie zauważyłem. Nagle z za czekających na zmianę
świateł autobusów wyłaniają się dwa białe wagony i mam okazje
usłyszeć
charakterystyczne dzyń, dzyń, dzyń. Na chwilę staje jak wryty w ziemię,
tak
jakby ten tramwaj pojawił się był z nikąd. Skąd wiedziałeś że tam jest
tramwaj ? Pytam Piotra. Po prostu go słyszałem - odpowiada. Ja również
powinienem go słyszeć, słuch mam przecież dobry, ba nawet gram i to wydaje
mi się całkiem znośnie. To wszystko prawda. Ale twój mózg funkcjonuje
inaczej. To, co dla ciebie nieistotne jest przesiewane i traktowane zupełnie
tak jakby tego nie było. Musiałeś go słyszeć wcześniej - rzecze Basia,
ale
widocznie uznałeś, że ta informacja jest ci do niczego nie potrzebna.
W słuchawce słychać głos symulatora mowy podającego kurs w oparciu
o kompas
elektroniczny. Co któryś raz podawane jest również wychylenie płetwy
sterowej. Obok, znajduje się odbiornik GPS reagujący ze sporą zwłoką w
stosunku do głosu w słuchawce. Wskazania różnią się niestety w znacznym
stopniu. Próba jakiejkolwiek wzajemnej kalibracji spaliła na panewce. Wracam
do czasów, kiedy to kompas namiarowy pokazywał kurs w miarę rzetelnie,
natomiast sterowy na ogół to, co chciał. Ile jest teraz na GPS ? Pyta
Henio.
Henio jest niskim korpulentnym mężczyzną niezwykle ciekawym świata, rzecz
można nieco przewrażliwionym na jego punkcie. U Henia wszystko musi być
idealnie, poświęca temu sporo wysiłku, do wszystkiego podchodzi niezwykle
emocjonalnie, przy tym wszystkim jest ogromnie wrażliwy, wręcz
powiedziałbym
nadwrażliwy. 230 odpowiadam. A ile mamy jechać ? Ideałem było by 235. To
za
bardzo odjechałem w lewo, zaraz to poprawię. Poprawia, niestety zbyt
gwałtownie, teraz jedziemy 250. A teraz ile jest ? 250 mówię. Ja się chyba
nigdy tego sterowania nie nauczę, dlaczego ta łódka tak skacze ? Heniu,
sternik, który w tych warunkach będzie sterował +- 10 stopni to geniusz, z
reszta to zupełnie wystarcza. Po co szarpiesz się bez sensu z tym sterem? Bo
ja chciałbym żeby było dobrze. Ależ jest dobrze, ile słyszysz w
słuchawce ?
200 - odpowiada. To postaraj się trzymać tak abyś w gadadle słyszał
gdzieś
pomiędzy 190 , a 210 resztą się nie przejmuj. Zmieniamy temat. Heniu ma
bardzo ciekawy tembr głosu. Chrapliwy, mocny, przypomina nieco Brayana
Adamsa. Nie myślałeś o śpiewaniu pytam ?
Jasiek ... to Jasiek, wszystko musi być uporządkowane, przemyślane,
każdy
problem należy rozwiązać, albo przynajmniej oszacować. Pragmatyczny,
przystojny, młody, przynajmniej trzy powody aby faceta nie lubić ;)).
Rozmawiamy o wszystkim, o życiu, o ludziach, o jego żeglowaniu. Jasiek ma
wspaniałe poczucie przestrzeni. Tak ogromna wyobraźnię, że sterowanie nie
nastręcza mu żadnych trudności. Na żaglowcu jest pierwszy raz, nie mniej
jednak żeglowanie nie jest mu obce. Pływał kiedyś na małych łódkach. Ze
Skagen wychodzimy wieczorem, na wysokości boi wolnej wody musimy zmienić
kurs o 90 stopni. Trzeba to będzie zrobić dość ciasno, ze względu na
spory
ruch statków. To co, bierzesz ster ? Pyta Jasiek. Nie, ty to zrób. Ale jak ?
Nigdy czegoś takiego nie robiłem. To pojedziesz do momentu aż usłyszysz w
słuchawce że kurs zmienił się o 70 stopni. Potem reszta powinna być już
prosta. Powiedz mi w takim razie kiedy. Ok.! Teraz
Bożena długi czas nie wychodziła w ogóle z domu. Dowiedziałem się tego
od
Basi, przy okazji wspólnej wycieczki po Amsterdamie. Dopiero wtedy cześć
tego co widziałem zaczęła mi się układać w pewne takie logiczne ciągi.
To
był jej pierwszy rejs i jedna z nielicznych chwil, kiedy była poza domem. Na
wysokości wejścia do portu Thyboron na pokładzie zrobił się nagle ruch w
związku z tym, że część załogi posiadła nagły imperatyw kategoryczny,
związany z wejściem na maszt. Wśród nich znalazła się również Bożena.
Przyznała mi się że bardzo się boi, ale musi to zrobić. Nie zapytałem
jej
wówczas o powód, dziś pewnie sam bym sobie na to pytanie potrafił
odpowiedzieć.
Tomek żyje w świecie dźwięku, jest świeżo po maturze i chce koniecznie
dostać się na realizacje dźwięku do Krakowa. Cały czas chodzi po statku z
mikrofonem i nagrywa dźwięki, słuch ma absolutny. Od lat nie gram już na
gitarze dla kogokolwiek jak tylko dla siebie, ponieważ uważam, że jest to
bez sensu. Albo się ćwiczy i sprawia to radość mnie jak również
słuchaczom,
albo zwyczajnie lepiej dać sobie z tym spokój. Siedzę na rufie z rzeczona
gitarą w ręku i tłukę jakąś skalę, której nazwa odeszła gdzieś wraz
z ochotą
do ćwiczenia. Nagle słyszę. Ciekawe ! Pentatonika ? Nie wiem, nie
pamiętam,
prawdopodobnie tak. Na pewno słyszę w odpowiedzi.
Odrobina ciszy nikomu nie zaszkodzi. Wyłączamy silnik, wyłączamy agregat
prądotwórczy, mój Boże, wreszcie można usłyszeć własne myśli.
Siedzimy we
tróję w oficerskiej i zamieniamy jakieś słowa w nadziei, że być może
jakaś
myśl z tego się urodzi. Wchodzi Tomek z mikrofonem i prośbą czy mógłby
wreszcie nagrać sobie szum wody rozbijającej się o burty. Przerywamy
rozmowę, Tomek z mikrofonem przykleja się do obła, ja również słyszę
wodę.
Być może pierwszy raz tak kompletnie i tak celowo
Ta historia nie ma końca, ma jeszcze tyle wątków i płaszczyzn, o
których
można by pisać w nieskończoność. Znamienne dla niej jako podsumowanie,
niech
będą słowa Piotra, który powiedział coś, co wbrew Zbierajowi i
mnie samemu
kazało mi się nad tym wszystkim zastanowić. My tylko nie widzimy, i tylko
tyle. Ale to wcale nie znaczy, że to MY podlega jakiemuś uogólnieniu bądź
też procesowi klasyfikacji. To MY wyrywa się z tych ram i znaczy każdy z
nas
indywidualnie, nie jest tożsame i rozpada się na poszczególne elementy przy
każdej próbie uogólnienia. Chyba o tym jednak chciałem napisać
Łączę Serdeczności
Bogdan
|