Witam,
W ostatnim odcinku październikowej wędrówki po rumuńskich Karpatach
przedstawiam
Kelimeny:
http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/KApostol/KApostol.html
http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/KPietros/KPietros.html
Muntii Calimani ([kalimani] Kelimeny) są drugim, co do wysokości, pasmem
Karpat
Wschodnich. Stanowią rozległą grupę górską (pow. ok. 2000 km2),
należącą do pasa
wulkanicznego. Na zachodzie przylegają do Basenu Transylwańskiego, od
północy
graniczą z górami Bargau oraz Suhard, na wschodzie z górami Bistritei
[bistricej], a na południu z górami Giurgeu [dżiurdżeu] oraz Gurghiului
[gurgiuluj].
Najwyższym szczytem jest Pietrosul (2100m), zwany też Pietrosul Calimanului.
W
pn.-wsch. części utworzono rezerwat Doisprezece [dojsprezecze] Apostoli
(Dwunastu Apostołów), obejmujący ciekawą grupę skał andezytowych.
Niestety,
otwarta w sercu tych gór - obecnie opuszczona i zdewastowana - kopalnia
siarki
zniszczyła częściowo krajobraz w pobliżu Pietrosula.
Na terenie Kelimenów brak jest schronisk turystycznych. Dobrymi punktami
wypadowymi są miejscowości Dornisoara [dorniszoara] oraz Gura Haitii, do
których
można dojechać od Vatra Dornei [watra dornej].
Do Gura Haitii dojeżdżam późnym wieczorem, zmęczony drogą. Niestety,
jazda po
rumuńskich szosach, to przygoda sama w sobie i do tego dosyć wyczerpująca.
Nie chce mi się szukać jakiegoś fajnego miejsca - parkuję na poboczu
drogi,
która nie sprawia wrażenia specjalnie ruchliwej. Rzeczywiście, przejeżdża
raptem
jedna ciężarówka. Przygotowuję plecak na następny dzień i zasypiam. Ze
snu
wyrywają mnie jakieś głosy i światła. Ledwo przytomny słyszę wołanie:
"Hej!
Polacy!". Światło latarki skierowane w szyby samochodu powoduje, że
momentalnie
zamykam uchylone oko i naciągam śpiwór. Błyskawicznie zapadam ponownie w
sen.
O świcie przestawiam wóz w boczną drogę, skąd startuje mój szlak. Mam
zamiar
pójść na Dwunastu Apostołów a potem w kierunku Pietrosa - jak najdalej,
ale żeby
zdążyć przed wieczorem wrócić - na następny dzień pozostawiając sobie
to, czego
nie uda mi się zrobić w pierwszym dniu.
Niebieskie punkty prowadzą mnie przez oszronione łąki, poodgradzane
płotami; co
chwilę muszę przechodzić przez kolejne, wyższe bądź niższe, drewniane
przeszkody. Wschodzące słońce podświetla na czerwono widniejącego w dali
na
południu Pietrosa oraz bliższe mnie skałki, wystające gdzieniegdzie z
lasu.
Później jego blaski zostają stłumione przez podnoszące się mgiełki.
Wkrótce i ja zagłębiam się w gęsty, ciemny las, w którym już za chwilę
zaczynają
się pojawiać mniejsze i większe głazy. W mrocznym świetle wywierają
nieco
tajemnicze i groźne wrażenie. Ścieżka, początkowo stroma, łagodnieje i
wyprowadza na krzaczaste polany, skąd już dostrzegam mój pierwszy cel w
Kelimenach - Stancile ([stynczile] skały) 12 Apostoli. Po osiągnięciu
grzbietu,
kieruję się w prawo, do bliskich już Apostołów. Folguję sobie i wciskam
się z
aparatem w rozmaite szczeliny pomiędzy skałami. Niektóre z nich
przypominają
sylwetki ludzkie z profilu, inne kadłub okrętu, jeszcze inne strzelają w
górę
wysmukłymi kształtami.
Doliny na północ od Kelimenów przykryte niegroźnymi chmurami, w dali, na
horyzoncie przymglone Góry Rodniańskie. Konsumuję śniadanko w towarzystwie
apostołów, po czym ruszam na południe w kierunku Pietrosa. Przede mną
długi,
trawiasto-krzaczasty grzbiet z wystającymi gdzie niegdzie skałami;
porastający
zbocza las tu i ówdzie wdziera się na grzbiet ale ścieżka jest wyraźna i
dobrze
oznakowana. Do czasu... W pobliżu Stancile Pietrei Rosii ([stynczile pietrej
roszij] Czerwone Skały) obniżam się wyraźną ścieżką popod skały,
gdzie nabieram
pewności, że właściwa trasa musiała wcześniej gdzieś odbić. Wracam,
szukając
innej ścieżki. Wkrótce natrafiam na jej nikły w tym miejscu ślad, który
dopiero
po wejściu w las staje się znów wyraźny. Po chwili ponownie z niego
schodzę, tym
razem świadomie - szlak omija wierzchołek a ja mam zamiar spojrzeć na
świat ze
skał, które przed chwilą oglądałem z dołu. Widoki piękne - warto tu
było wejść.
Idę dalej grzbietem w kierunku następnych skał, mijam strzałkę w bok z
napisem
"apa" (woda). To miłe, miejsce na biwak bardzo ładne, jeśli do
tego jeszcze woda
jest w pobliżu - czegóż więcej trzeba?..
Grzbiet w dalszym ciągu w większości widokowy, powoli rośnie w oczach
Pietrosul
po lewej stronie a po prawej - bliźniacze szczyty Stracior [straczior] i
Bistricioru [bistriczioru]. Ostre gałęzie krzaków, wśród których wiedzie
ścieżka, drapią po łydkach, w pewnym momencie dostrzegam małą czerwoną
stróżkę,
spływającą po prawej nodze. Tiaaa... nie sposób lawirować tak całkiem
bez strat.
Wychodzę na rozległe polany i teraz wybór właściwej trasy staje się
trudniejszy.
Szlak malowany jest na kamieniach, najczęściej widać go dopiero, gdy się
nad nim
stoi.
Po odcinku trawersującym poniżej szczytu Maieris osiągam grzbiet, który
teraz
obrał już kierunek pd.-wsch., wprost na Pietrosa. Wyrastający 300m ponad
prawie
równy do tej pory grzbiet, wywiera imponujące wrażenie. Spoglądam na
zegarek.
Wiem, że jeśli zdecydowałbym się wejść na niego, to czeka mnie powrót
po ciemku.
Może - zgodnie z wcześniejszymi planami - zostawić go na jutro? Ale jestem
już
tak blisko, trochę szkoda...
Dosyć szybko dochodzę do rozstajów w pobliżu szczytu. Jest niemalże na
wyciągnięcie ręki. Zgodnie z mapą, mam stąd spory wybór. Najkrótsza
ścieżka
prowadzi bocznym grzbietem, inny wariant to obniżenie się do potoku,
wzdłuż
którego biegnie w górę kolejna ścieżka. Czy są one znakowane, tego nie
wiem -
szlak narysowany jest dopiero na głównym grzbiecie. Tyle na mapie, a co w
rzeczywistości?
Na rozstajach tabliczki, strzałki, znaki: żółte krzyże, niebieskie paski,
czerwone kropki... ani jednej wskazówki, którędy na Pietrosula. Obieram
ścieżkę
grzbiecikiem, razem z niebieskimi paskami. Niestety, po chwili ścieżka
odbija
trawersem w prawo; żadnej możliwości kontynuacji grzbietem - wszystko
równo
porośnięte kosówką. Wracam. Cóż, skoro tej możliwości nie ma, trzeba
się obniżyć
do potoku i mieć nadzieję, że ten drugi wariant istnieje nie tylko na
mapie...
Nadzieje okazują się być płonne - potok jest, ścieżki brak.
Wracać do rozstajów i wziąć jednak te niebieskie paski? Czy kontynuować,
skoro
już zacząłem, trawers Pietrosa jego północnymi stokami? Najrozsądniej
byłoby w
ogóle wrócić doliną do wozu - zdążyłbym jeszcze przed zmrokiem. Ale -
żal...
Chwila wahania i ruszam ostro naprzód. Najpierw zalodzoną drogą (czemu nie
wziąłem raków??) w górę, gdzie odchodzi ładny, polaniasty grzbiet na
północ,
potem w dół - coś ten trawers zbytnio obfituje w strome zejścia i
podejścia.
Zaczynam odczuwać zmęczenie. Kiedy obniżam się do dna kolejnego potoku -
znacznie bardziej niż to wynika z mapy - i okazuje się, że szlak schodzi
jeszcze
niżej, wędrując z potokiem w dół, rezygnuję z jego dalszego towarzystwa.
Spływający z góry potok - przynajmniej tak daleko, jak sięga wzrok -
oferuje
wolną od kosówki przestrzeń. Ale czy nie czają się w górze jakieś
nieprzewidziane przeszkody, skały?.. Cóż, to się okaże.
Słońce jest coraz niżej i całe podejście na grzbiet w pobliżu
wierzchołka odbywa
się w cieniu Pietrosa. Na szczęście, oprócz stromych trawek - nic więcej
się nie
czai i wkrótce jestem na grzbiecie, skąd w kilka minut osiągam najwyższy
szczyt
Kelimenów.
Zasłużony posiłek, krótki odpoczynek i różnorakie myśli przebiegające
przez
głowę. Czeka mnie teraz bardzo długi powrót, ale przeszedłem to, co na co
przeznaczałem dwa dni. Co robić jutro? Mógłbym jeszcze gdzieś pójść, a
może
podjechać w inne miejsce i zrobić jakąś dodatkową pętelkę? A może...
wrócić do
domu?? Poczułem nagłą ochotę na zupełnie inne przyjemności - tak
usiąść w
fotelu, popatrzeć na ogień buzujący w kominku, posłuchać dobrej muzyki...
Ojjj... Więc jak: kolejna góra, czy kominek? Rozglądam się wokół - jest
pięknie,
chociaż zaczynają się zbierać chmury. Wciąż niepewny, co do jutrzejszych
planów - rozpoczynam zejście zachodnim grzbietem. A z nieba... zaczyna
kropić
deszczyk. Czyżby chciał mi pomóc podjąć decyzję?
Schodzę, rozmyślając. Udało mi się przejść i zobaczyć wszystko, co
sobie
zaplanowałem na ten tydzień. Mógłbym jeszcze gdzieś pójść. Ale z
drugiej
strony - z górami, to jak z kobietami: i tak na każdą nie wejdę...
Zapada decyzja - na dzisiejszym dniu kończę. Ścieżka gubi się w
trawiastych
wypłaszczeniach szerokiego grzbietu i schodzę bez szlaku do zachodniego
trawersu. Nim do znanych mi już rozstajów, teraz w dół do koryta potoku,
skąd
czerwone krzyże wiodą doliną do Gura Haitii. Po opuszczeniu polan wchodzę
na
drzewne pobojowisko, gdzie wita mnie... templariusz. Rumuńskie szlaki,
najczęściej malowane są na planie kwadratu. Tymczasem na drzewie przede
mną -
wydłużony jak na tarczy średniowiecznego templariusza - czerwony krzyż na
białym
tle. Przypomina mi, że właśnie dziś - 13 października, w piątek, tyle
że 699 lat
temu - Zakon Templariuszy otrzymał cios, po którym już się nie podniósł.
Żegnam
rycerza; za chwilę zapadnie zmrok, a ja wciąż zamiast drogą, brnę
galimatiasem
pni i gałęzi. Po kilku minutach dno doliny wyraźnieje i pod nogami -
jakżeby
inaczej - zamiast drogi mam potok. Posuwam się nim jakieś pół godziny, by
w
ostatnich poblaskach dnia dostrzec alternatywę: strumień albo błotnista
droga.
Wybieram błoto, które na szczęście dosyć szybko
... read more »